Metafora, która trzymała mnie przez cały pierwszy rok po rozwodzie: woda potrzebuje brzegu, żeby wiedzieć, że jest wodą. Ludzie, którzy wychodzą z długiego małżeństwa, są w pewnym sensie bez brzegu. Wszystko się rozlewa. Praca, wieczory, weekendy. Wyjazd samemu bywa pierwszym brzegiem po długim rozlaniu.
Pani Ewa, 54, rozwiedziona od dziewięciu miesięcy. Wrocław, Sępolno. Po rozwodzie oddaliła się od wielu znajomych — nie z gniewu, ze zmęczenia. W styczniu koleżanka zaproponowała jej Teneryfę. Odmówiła. Następnego dnia sama sobie zaproponowała: Sandomierz. W lutym. Sama.
Dlaczego nie Teneryfa
Bo słońce, palmy i koktajle wymagają tła — grupy, rodziny, pary. Sama Pani na basenie w hotelu w Puerto de la Cruz nie odpocznie; będzie Pani głównie wyjaśniała obsłudze, że „tak, sama, nie, nie mam męża, tak, to moja decyzja". Wakacje bez innych wymagają miejsca, gdzie samotność jest naturalnym stanem, a nie dziwactwem.
W polskich małych miastach w niskim sezonie samotność jest tłem. Idzie Pani wałami nad Wisłą, nikt Pani nie pyta, dlaczego sama. Mija Pani dwie panie wracające z targu, kiwają Pani głową, idą dalej. To jest ten rodzaj oddychania.
Dlaczego Sandomierz w lutym
- Puste uliczki Starego Miasta, wybrukowane, prowadzące do Rynku.
- Kolegiata widoczna ze wszystkich stron, dzwony co kwadrans.
- Kawiarnie po świątecznym tłumie odetchnęły. Obsługa ma czas.
- Cenowo — pensjonat z pełnym śniadaniem za tyle, ile w sezonie kosztuje łóżko w hostelu.
- Zimne powietrze, wiatr od Wisły, mgła, deszcz. Klimat, który nie udaje, że wszystko jest „super".
Pani Ewa pojechała pociągiem. Trzy i pół godziny ze zmianą w Kielcach. Zabrała jedną walizkę, jedną książkę (Olgi Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny") i notes.
Co robiła przez trzy dni
Nic spektakularnego. Właśnie dlatego działało.
Dzień pierwszy
Przyjechała po południu. Pensjonat przy ulicy Opatowskiej. Pokój z widokiem na mury obronne. Wieczorem zjadła pierogi w knajpce na rynku. Wróciła, przeczytała dwadzieścia stron Tokarczuk, zasnęła przed 22:00.
Pierwszy raz od dziewięciu miesięcy spała osiem godzin bez tabletki. Nie umiała wyjaśnić, dlaczego.
Dzień drugi
Rano mgła. Zeszła do Bramy Opatowskiej, na Podzamcze, potem wałami do Wisły. Zobaczyła rzekę szeroką, szarą, powolną. Stała dwadzieścia minut i patrzyła. Nie płakała. Nie pisała. Patrzyła.
Po południu weszła do kolegiaty. Nie chodziła do kościoła od dekady. Siadła w przedostatniej ławce. Nikt jej nie zaczepił. Została czterdzieści minut. Wyszła i kupiła w piekarni sernik z rodzynkami. Po nim wróciła do pensjonatu, napisała w notesie pięć zdań. Pierwsze było: „Nikt mnie tu nie zna i nikt mnie tu nie zostawił."
Dzień trzeci
Krótka wizyta w Muzeum Okręgowym. Zamek. Potem kawa w kawiarni na Rynku. Z obsługą krótka wymiana zdań — kelnerka zapytała, czy smakuje ciasto. „Bardzo," odpowiedziała Pani Ewa. „Moja mama piekła takie same." I to była cała rozmowa. I wystarczyła.
Pociągiem o 16:40 wyjechała z powrotem. W przedziale, patrząc na pola podkieleckie, zaczęła płakać. Pierwszy raz od dziewięciu miesięcy. Nie rozpaczliwie. Cicho, z ulgą.
Co to dało
Nie „uleczyła się". Nie „odnalazła". To są frazy z plakatów. Dało jej trzy rzeczy:
- Doświadczenie, że potrafi sama. Sama pociąg, sama hotel, sama kolacja, sama mgła nad rzeką. W świecie, w którym przez 27 lat robiła wszystko z mężem, to było niebagatelne.
- Przestrzeń na zmęczenie. W domu wciąż coś dźwięczy — pralka, telewizor, pytanie sąsiadki. W obcym miejscu wolno być zmęczonym całkowicie.
- Rytm bez czyjegoś tempa. Jadła, kiedy chciała. Spała, kiedy była zmęczona. Szła, gdy miała ochotę.
Praktyczne wskazówki, jeśli Pani/Pan rozważa
- Małe polskie miasta w niskim sezonie: Sandomierz, Kazimierz Dolny (luty, nie maj), Zamość, Kłodzko, Frombork.
- Pensjonat, nie hotel sieciowy. Właścicielka na miejscu, jedna rozmowa przy śniadaniu, dużo autentyczności.
- Bez samochodu. Pociąg to pół terapii. Patrzenie przez okno na pola Polski zimą robi coś, czego auto nie robi.
- Jedna książka, jeden notes, jedne kluczyki od pokoju. Nie pakować się jak na ekspedycję.
- Telefon wyłączony od 19:00 do 7:00. Dzieciom powiedzieć wcześniej: „Jedenastka mamy zmiana życia, nie przeszkadzać, chyba że palące."
Czego się spodziewać
Płaczu. Prawdopodobnie drugiego dnia, wieczorem, w hotelowym pokoju, nad filiżanką herbaty. To dobrze. Samotność bez rozproszenia jest ciężka przez pierwsze godziny, potem się osadza.
Nudy. Przez dziesięć, dwadzieścia minut. Potem coś się otwiera — słyszy się kroki na ulicy, dzwony, wiatr w rurze.
Tęsknoty, nie za byłym partnerem, ale za pewną wersją siebie. To też dobrze. Ta wersja pewnie wraca.
Pani Ewa dzisiaj
Wróciła do domu i dwa tygodnie później założyła profil randkowy. Nie dlatego, że Sandomierz coś „naprawił". Dlatego, że po trzech dniach ciszy zauważyła, że chce znowu z kimś zjeść kolację. Bez lęku, bez pośpiechu, bez scenariusza.
Nie każde wakacje samemu kończą się randkowaniem. Ale każde kończą się lepszym punktem wyjścia. I to jest ich prawdziwa wartość.